7 listopada 2010

Ogórek w occie po tajsku (Ahjaad)


Prosta, tajska sałatka, która może być podana jako dodatek do dania. Dzięki dodatkowi octu można ją przechować przez kilka dni w lodówce.

Składniki:
(2 porcje)

- 1 długi, świeży ogórek
- 2 szalotki
(zamiennie 1 średnia czerwona cebula)
1/3 filiżanki octu winnego lub ryżowego
1/3 filiżanki wody
1/4 filiżanki cukru
1 papryczka chili (opcjonalnie)

Ogórek (część skórki obieram, część zostawiam) pokroić w ćwierćplasterki, obrane szalotki, względnie cebulę, w cienkie półplasterki, papryczkę chili w plasterki. Pominęłam papryczkę, bo nie jestem zwolenniczką zbyt ostrych smaków. Zamiast niej dodałam niewielką ilość pasty chili, aby tylko trochę zaostrzyć smak sałatki. Zamiennie można dodać sproszkowanego chili.

Ocet (użyłam winnego) wymieszać z wodą i cukrem, zalać składniki sałatki, wymieszać, schłodzić w lodówce.

Przepis pochodzi ze strony thaitable.com.

6 listopada 2010

Deco Design - nowy sklep w CH Fort Wola (zlikwidowany)

W centrum handlowym Fort Wola powstał nowy sklep z akcesoriami kuchennymi, który ma w swojej ofercie spory wybór ładnych i przydatnych przedmiotów. W szczególności przypadły mi do gustu pomysłowe produkty firmy Joseph Joseph, np. zestaw 4 desek w różnych kolorach oznaczonych, do czego każda z nich służy, np. do ryb, warzyw itp. Ciekawymi propozycjami są też składana deska do krojenia ułatwiająca wrzucenie pokrojonych składników do garnka, miski do sałatki z umocowanymi w nich łyżkami, a także łyżki i łopatki kuchenne z podpórką zapobiegającą skapywaniu sosu na blat.

Akcesoria sprzedawane w sklepie są atrakcyjne wizualnie - ucieszą oko każdego pasjonata gotowania i na pewno można wśród nich znaleźć coś odpowiedniego na prezent - ta informacja może być przydatna przed nadchodzącym okresem gwiazdkowym.

Od sympatycznego sprzedawcy, który z zaangażowaniem prezentuje klientom ofertę Deco Design, dowiedziałam się, że jest to ich pierwszy sklep stacjonarny - dotychczas prowadzili tylko sprzedaż internetową. Ewentualne powstanie kolejnych sklepów stacjonarnych jest uzależnione od zainteresowania klientów.


Aktualizacja: sklep został zlikwidowany.

1 listopada 2010

Książka "Gotuj i chudnij" i sałatka z tuńczyka i białej fasoli

Przepis na sałatkę widoczną na zdjęciach pochodzi z książki "Gotuj i chudnij. Najsmaczniejszy sposób, by zrzucić jeden rozmiar", która wpadła mi w ostatnich dniach w ręce w księgarni. Jej autorkami są cztery młode kobiety: Harry Eastwood, Gizzi Erskine, Sal Henley i Sophie Mitchell. Zastanawiałam się przez kilka minut, przeglądając książkę, czy warto ją kupić. W dobie Internetu, który jest skarbnicą rozmaitych przepisów, coraz rzadziej kupuję książki kulinarne, bo właśnie głównie z sieci czerpię pomysły na przyrządzane dania. W tym wypadku zdecydowałam się jednak na zakup książki, bo zawiera nie tylko przepisy na dietetyczne dania, ale także sporo ciekawostek i trików pozwalających zmniejszyć kaloryczność przyrządzanych potraw. Ciekawostką jest też ankieta, po której wypełnieniu można dowiedzieć się, jaką ma się osobowość żywieniową - wyszło mi, że jestem wielbicielką jedzenia i jest ono dla mnie przyjemnością. Zupełnie nie zdziwił mnie taki wynik. Książka powstała na podstawie serii o tym samym tytule emitowej w TVN Style (tutył oryginału "Cook Yourself Thin: The Delicious Way to drop a Dress Size"). Miałam okazję oglądać kilka odcinków tej serii, sporo przepisów przypadło mi do gustu i stwierdziłam, że wygodnie będzie je mieć w formie książkowej, tym bardziej, że jest ona ładnie wydana. Szkoda tylko, że nie wszystkie przepisy są opatrzone zdjęciami i że jest ich w sumie niedużo. Więcej można znaleźć na angielskojęzycznej stronie serii.

Jedna ze współautorek publikacji, Harry Eastwood, uważa, że "jeśli masz na coś ochotę, to znaczy, że twoje ciało i dusza tego właśnie potrzebują. I zasługują na to."

Kolejna ze współautorek, Gizzi Erskine, "nie lubi kontrolować wielkości porcji i nie robi tego. Kilka razy przechodziła na dietę i tyle samo razy się poddawała. Uważa, że warunkiem utrzymania formy jest zachowanie równowagi - jeżeli przesadziłaś z jedzeniem, następnego dnia zjedz coś niskokalorycznego". 

Sal Henley gotuje z taką pasją i zaangażowaniem, że publiczność jednego z show kulinarnych miała okazję obserwować spowodowany przez nią pożar w woku.

Sophie Mitchell "rozumie, że każda dziewczyna chciałaby jeść pyszne rzeczy, a jednocześnie wciskać się w seksowne, obcisłe ciuchy. Jej dania to rozkosz dla podniebienia, a przy tym są szybkie i proste w przygotowaniu".


Spośród przepisów z powyższej książki postanowiłam wypróbować w pierwszej kolejności przepis na sałatkę z tuńczyka i fasoli. Oto on:

Składniki:
(dla 2 osób)
- 1/2 opakowania rukoli
(ew. może być mieszanka z innym rodzajem sałaty)
- 4 liście sałaty lodowej
(zamiennie może być sałata rzymska, głowiasta lub strzępiasta)
- puszka tuńczyka w kawałkach w sosie własnym
- puszka drobnej, białej fasoli
(zamiennie może być flageolet)
- 2 jajka
- 8 rzodkiewek
- 1 łodyga selera naciowego
Sos:
- 2 łyżki stołowe oliwy extra vergine
- 3 łyżeczki octu balsamicznego
- łyżeczka musztardy Dijon
- 1 ząbek czosnku obrany i zmiażdżony
- szczypta soli
- świeżo mielony pieprz czarny
(moje proporcje sosu są trochę inne niż w książce - chciałam, aby sos był bardziej wyrazisty w smaku)


Jajka ugotować na twardo (10 minut). W oryginalnym przepisie było podane, aby ugotować je na półmiękko (7 minut), ale nie bardzo odpowiada mi płynna konsystencja żółtka w sałatce, więc zmodyfikowałam w tym punkcie przepis. Rukolę i sałatę umyć, osuszyć, sałatę porwać na mniejsze kawałki. I tu też modyfikacja z mojej strony - w oryginalnym przepisie jako baza sałatki były podane rukola i sałata rzymska, ale ja użyłam lodowej, bo lubię ją najbardziej ze wszystkich sałat, poza tym rzymską nieco trudniej kupić - w sklepie, w którym robiłam zakupy, była zwiędnięta, dlatego zdecydowałam się na lodową.  

Rzodkiewki i łodygę selera naciowego pokroić w plasterki. Tuńczyka odsączyć z zalewy, podobnie zrobić z fasolą, przepłukać ją wodą i osuszyć na sicie. Przyrządzić sos z oliwy, musztardy, octu balsamicznego, czosnku, doprawiając świeżo mielonym pieprzem i niewielką ilością soli (w oryginalnym przepisie jej nie było, ale ja trochę dodałam). Rzodkiewki, seler, fasolę i tuńczyka połączyć z sosem (zostawić trochę sosu do polania przyrządzonej sałatki), połączyć z sałatami, na wierzchu ułożyć jajka pokrojone w ósemki, polać resztą sosu.

31 października 2010

Podlaskie specjały

Mam dobrą wiadomość dla amatorów słodkich spacjałów z Podlasia - na sękacz czy mrowisko z tamtego regionu Polski Warszawiacy nie będą już musieli polować na jarmarkach produktów regionalnych. Te pyszne ciasta, a także podlaskie miody i świece z wosku można kupić w stacjonarnym stoisku "Podlaskie Specjały" usytuowanym w obrębie hipermarketu Real w centrum handlowym Fort Wola. Polecam spróbować mrowiska tym, którzy jeszcze nie znają tego pysznego specjału - są to kawałki ciasta o smaku podobnym do faworków, połączone ze sobą miodem, posypane makiem, wiórkami kokosowymi i rodzynkami. Pyszne i niestety wciągające - trudno oderwać się od jedzenia mrowiska. Ciasta z Podlasia z pewnością urozmaicą stół podczas świąt lub przyjęcia z innej okazji. Polecam spróbować.

16 października 2010

Food Film Fest - II edycja



Za nami II edycja Food Film Fest, czyli przegląd najlepszych dokumentalnych filmów świata o tematyce kulinarnej zorganizowany przez kanał Kuchnia.tv. Odbył się w dniach 1-3 października, tak jak w ubiegłym roku w warszawskim kinie Kultura przy Krakowskim Przedmieściu. Projekcjom towarzyszyły liczne atrakcje – poczęstunki dopasowane do tematyki filmów, spotkania z twórcami i bohaterami prezentowanych obrazów, warsztaty a także kiermasz produktów ekologicznych, który zorganizowano przed kinem. Można było kupić sery dojrzewające z Ranczo Frontiera na Mazurach, a także ekologiczne pieczywo, wędliny i przetwory. Sery z Ranczo Frontiera pojawiają się często na warszawskich jarmarkach produktów regionalnych, np. w centrum handlowym Blue City. Warto spróbować wytwarzanych ekologicznymi  metodami polskich odpowiedników pecorino czy parmezanu. W programie było też slowfoodowe śniadanie w restauracji „Piąta Ćwiartka” w Arkadach Kubickiego, w którym nie udało mi się niestety wziąć udziału – mail do organizatorów z prośbą o przyjęcie rezerwacji na to spotkanie pozostał bez odpowiedzi, mimo że wysłałam go z ponad tygodniowym wyprzedzeniem. Najwyraźniej było za duże zainteresowanie i nie wszyscy chętni mogli wziąć udział w śniadaniu, szkoda tylko, że nikt nie pokusił się o odpowiedź na maila – to zgrzyt organizacyjny, który popsuł mi nieco ogólne wrażenie z imprezy. Trochę to dziwne i rozczarowujące zachowanie organizatorów, bo śniadanie było reklamowane jeszcze podczas samego festiwalu przez prowadzącego pokazy Pawła Lorocha. Po co reklamować coś, w czym nie można wziąć udziału? Myślę, że organizatorzy powinni lepiej zadbać o przeływ informacji i ogłosić podczas festiwalu, że na spotkanie w Arkadach Kubickiego jest już komplet chętnych i przeprosić tych, którym nie odpowiedziano na maile, a w ogóle w dobrym tonie byłoby odpowiedzieć na wszystkie maile, także tym, dla których zabrakło miejsca przy slowfoodowym stole.

W tym roku zaopatrzyłam się z wyprzedzeniem w bilety i obejrzałam 4 spośród 11 wyświetlanych podczas festiwalu filmów. Co ciekawe, najbardziej spodobały mi się te obrazy, po których najmniej się spodziewałam, że będą dobre. Najbardziej czekałam na film „Tokio blues i sushi Fumiko” opowiadający o Fumiko Kono – bogini wyrafinowanej kuchni, uważanej za jedną z najbardziej utalentowanych postaci świata kulinarnego swojego pokolenia. Bohaterka filmu zajmuje się organizacją prywatnych bankietów na całym świecie. Film ciekawy, jednakże bardzo nostalgiczny, pokazujący swego rodzaju samotność jego bohaterki. Spodziewałam się więcej wyrafinowanej kuchni na ekranie niż można było obejrzeć w tym filmie i od strony kulinarnej byłam nim trochę zawiedziona. Dodatkowymi atrakcjami po projekcji była degustacja sushi oraz pokaz jego przygotowania przez sushi mastera z Izumi Sushi.

Ciekawie zapowiadał się też film „Kuchnia przyszłości”. Liczyłam, że będzie źródłem wielu nowych wiadomości i tak było – dowiedziałam się np. z niego o przewidywaniach, że w przyszłości warzywa będą uprawiane na wielokondygnacyjnych polach mających formę... wieżowców. Czy tak się rzeczywiście stanie? Czas pokaże, choć wydaje mi się, że są to za bardzo dalekosiężne przewidywania, aby obecne pokolenia mogły się przekonać, czy się sprawdzą. Przed pokazem goście mieli możliwość skosztowania małych przekąsek przygotowanych w Atelier Wojciecha Modesta Amaro, a mianowicie węgorza z galaretką z marakui i kwiatem orchidei, a także lizaków z czekolady z dodatkiem oliwy truflowej - niecodzienne, bardzo ciekawe połączenie smaków.

Bardzo spodobał mi się film „Historia zażartego Pete’a”, do którego przed projekcją byłam nastawiona sceptycznie ze względu na jego tematykę – anoreksję i jedzenie na czas. Bohater filmu, Pete Czerwinski, sympatyczny, dobrze mówiący po polsku Kanadyjczyk z polskimi korzeniami (jego rodzice są Polakami), to mistrz świata w jedzeniu na czas, który jako nastolatek był na zupełnie innym biegunie – w wieku 16 lat omal nie zmarł na anoreksję. Trafił wtedy, można powiedzieć, w ostatniej chwili do szpitala, poddał się leczeniu i wyszedł z choroby. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że popadł teraz ze skrajności w skrajność, ale Pete, który był gościem festiwalu, zapewniał, że na co dzień je normalnie, uprawia też sport, co można było zobaczyć na ekranie, a udział w zawodach jedzenia na czas traktuje jako sposób na zarabianie pieniędzy (sfinansował z nich swoje studia), a także zwiedzanie świata. Wczoraj na kanale Kuchnia.tv oglądałam reportaż z Food Film Fest i dowiedziałam się, że podczas zorganizowanych dla gości festiwalu warsztatów lepienia pierogów Pete dał próbkę swoich możliwości,a mianowicie w minutę zjadł… 40 ruskich pierogów. Jedzenie na czas nie jest miłą dla oka dyscypliną sportu (jak powiedział Pete w Ameryce jest ono traktowane jako sport) i można było czuć momentami niesmak podczas projekcji, widząc ubrudzonych jedzeniem zawodników, mimo to film ciekawy i z przesłaniem – jak powiedział jego bohater, chciał w nim pokazać, że można wyjść z anoreksji. Oprócz spotkania z bohaterem i producentem filmu dodatkową atrakcją był poczęstunek bardzo smacznymi hot dogami w wersji slow (ekologicznymi) serwowanymi przez MyEcolife.

Ostatni z filmów, które obejrzałam to „Krew, pot i wino” – pełna sarkastycznego humoru i zachwycających zdjęć przyrody historia Maynarda Jamesa Keenana, wokalisty zespołu Tool, który w Arizonie założył winnicę i produkuje wino pod szyldem Caduceus. Muzyk wraz ze specjalistą od uprawy winorośli, Erickiem Glomskim prowadzą winnicę w Arizonie, która nie jest w zasadzie regionem winiarskim i gdzie panują trudne warunki klimatyczne, muszą stawiać czoło wielu przeciwnościom - niesprzyjającej pogodzie czy gryzoniom wyjadającym ich zbiory. Film został nakręcony w lekkiej konwencji – twórcy skompilowali poważny temat z elementami komediowymi. Można się z niego dowiedzieć sporo o uprawie winorośli i wytwarzaniu wina, jak również dobrze się bawić podczas jego oglądania. Dodatkowymi atrakcjami po projekcji było spotkanie z reżyserem i producentem filmu oraz poczęstunek w postaci oczywiście wina, a także sera.

Filmy z tegorocznego Food Film Fest będzie można obejrzeć niebawem na antenie Kuchnia.tv. Szczególnie polecam „Krew, pot i wino”. Choć nie widziałam wszystkich z wyświetlanych dokumentów, myślę, że to najlepszy film przeglądu, bo został pokazany dwa razy – jako film otwarcia i zamknięcia festiwalu.

Kolejna edycja festiwalu za rok.